Jeden komentarz do “Grzech pierworodny w ogrodzie Eden – o co właściwie chodzi w tej opowieści?”

  1. Jeśli ktoś panuje nad zwierzęciem, to nie znaczy, że je głodzi lub zabija. Panować można (i należy) troskliwie, służebnie – poprzez tresurę, by zwierzę złagodniało, by się oswoiło, poniekąd uczłowieczyło, a nie weszło nam na głowę, albo – co gorsza – nie pożarło nas. Nie dajemy pieskowi żreć tego co popadnie, ale gdy nauczymy go dyscypliny, później pogłaszczemy go po głowie i damy mu jeść. Tresura łączy pewną surowość z czułością. Nie trzymamy wygłodniałego lwa w ciasnej klatce i nie bijemy go pałką po głowie, by ten, gdy tylko nieopatrznie dobrze nie zakluczymy furtki, przyszedł do nas w nocy i nas pożarł. Podobny jest jednak i drugi, przeciwny błąd – nie podchodzimy do lwa tak, jakby był identyczny z człowiekiem, bo nie jest. Jest ze swej natury niższy, okrutny, a przynajmniej agresywny i ekspansywny. Dlatego człowiek, który w ten sposób chce służebnie zapanować nad niższym bytem, a nie zwalczać go przemocą (bo w przemocy przegra, o ile nie ma swoich wynalazków; zwierzę jest bardziej w nagiej przemocy wyspecjalizowane; ślepa przemoc jako metoda domyślna jest właśnie główną bronią bytu NIŻSZEGO), musi właśnie sam nauczyć się tego równoważenia dyscypliny oraz czułości, a to samo w sobie jest zarysem progresu w zakresie ducha. Ćwiczenie balansowania między sprawczością i delikatnością. To umiejętne używanie swojej mocy, by nawet w formie okazjonalnej prze-mocy okazała się ona czymś, co ma być po-mocą. Troską. Podobnie jest z cielesną stroną ludzkiej natury, namiętnościami tudzież żądzami. Czyli podobnie jest z relacją tego, co w człowieku wyższe oraz tego, co w nim niższe. Nie owe żądze powinny rządzić człowiekiem, lecz człowiek nad nimi – co (znowu) nie oznacza całkowitego ich stłamszenia czy potępienia. Bo stłamszenie, przemoc, terror i ucisk jest metodą „rządzenia” przez byt niższy. Byt wyższy rządzi służebnie, choć nie służalczo. Sam Bóg rządzi tak, że daje nam wszystko, co nam niezbędne i co nam służy (teraz łącznie ze swoim Słowem, byśmy do Niego wrócili), a Chrystus przypomina, że ten, kto chciałby rządzić, ma być sługą. Ojciec może dziecku dać klapsa bez żadnego przy tym czerpania przyjemności z faktu, że zadaje dziecku jakąś lekką przemoc – ojciec wie, że ten klaps to nie sadyzm; że to w danym momencie przykra metoda dla dobra tego dziecka. Gdyby jednak dziecko miało fizyczną siłę swego ojca, w momencie jakiejś histerii zapewne zakatowałoby go swoimi rączkami. To przykład relacji między bytem „wyższym” i „niższym”. Człowiek dojrzały stosuje okazjonalną przemoc i panuje nawet nad własną przemocą, by nie rozochociła się i nie przerodziła się we wrogość czy nienawiść. Gdyby się przerodziła, oznaczałoby to, że w nim samym zwierzęca część natury zdobyła dominację nad tą ludzką, czyli stworzoną na podobieństwo Boga. Dopóki człowiek nie upadł, żył w radosnym, wdzięcznym posłuszeństwie wobec Boga, a w tym stanie jego duch panował nad umysłem, umysł zaś panował nad ciałem. Nie jednak w ten sposób, że cokolwiek było tutaj uciskane. W człowieku była harmonia rozpięta we wspomnianej hierarchii. Człowiek nigdy nie miał być istotą „czysto duchową”, jak chcieliby tego gnostycy – był stworzony jako istota częściowo cielesna, a ciało pożąda. Pożąda jedzenia, pożąda picia, pożąda piękna dla oczu (nie tylko erotycznego), pożąda seksu. I to wszystko było dobre. Człowiek cieszył się również faktem, że może nad żądzami panować. Dlatego i dziś jedyny moralny kontekst seksu – czyli małżeństwo – uświęca ten seks, mimo że jest w nim aspekt pożądania. On sam nie jest skutkiem grzechu. Grzechem jest, gdy żądza panuje. Zupełnie inaczej postrzega się kobietę, gdy patrzy się na nią przede wszystkim jak na osobę, nie będąc ślepym na jej urodę – wtedy przede wszystkim wypatrujemy piękna osobowego, a piękno zmysłowe komponuje się z tym jako drugoplanowe. Inaczej natomiast widzi się kobietę, gdy człowiek jest OPANOWANY przez seksualną żądzę i patrzy na kobietę jak na przedmiot i zdobycz – wtedy patrzy „PO TO, aby jej pożądać”, żądza panuje nad nim, pożera człowieczeństwo, oddala od Boga. Życie, radość, wdzięczność i uwielbienie Boga muszą panować nad pryzmatem posiadania, planowania, sprawczości i konsumpcji. A gdy panują, wtedy te drugie są dobre, tak jak dobre są zwierzątka, mimo że są bytami niższymi. Dlaczego Bóg umieścił w raju „drzewo poznania”? Ponieważ nie było złe. Czy pozostałe drzewa były ohydne dla oczu, a owoce ich okropne w smaku? Nie. Były przyjemne także dla zmysłów. Drzewo poznania symbolizuje fakt, że jeśli Bóg opatrzył je etykietą „nie jedz”, mamy ufać Bogu i zatrzymać się przy tej granicy, ponieważ Domestos może być świetnym środkiem do czyszczenia toalety, lecz nie nadaje się do picia, nawet jeśli jego opakowanie jest estetyczne. Drzewo poznania było dobre, ale do patrzenia. Tam powinniśmy się zatrzymać. Dlaczego? Ponieważ krok dalej nam szkodzi. Ewa konfabulowała przed wężem, jakoby zakazane było nawet patrzenie, nawet dotykanie. Konfabulacja! Wręcz należało podziwiać piękno tego drzewa, być może właśnie do tego ono służyło. Gdy pełniło tę funkcję, było częścią rajskiego dobra. Ludzie mieli pełną wolność, mogli się cieszyć całym światem, a zrobili jedną jedyną rzecz, której Bóg im zakazał. Jakikolwiek inny symbol niż drzewo tutaj zastosujemy, jest to reprezentacja prostego sensu – ludzie posłuchali szatańskiego podszeptu, że jeśli cokolwiek jest im zakazane, to rzekomo znaczy, że Bóg coś przed nimi ukrywa, że jest w złym sensie zazdrosny, despotyczny itd. Zatem ludzie, sięgając po zakazany owoc, chcieli „poznać dobro i zło”, a jednak nie ufali przy tym, że Bóg jest dobry, więc zakazał im czegoś dla ich dobra. Zaczęli szukać dziury w całym, a w ten sposób sami zaczęli ją robić. Szatan przekonał ich, że gdyby raj był rajem, to wszystkim wolno byłoby wszystko. Chcieli stać się jak bogowie i znać dobro i zło, choć wystarczyłoby znać dobro, a „znać dobro” to przede wszystkim chodzić w duchu z Bogiem, ufać Mu i dziękować Mu. To stan ducha, a nie intelektualne poznanie. Gdy jednak w ludziach rozrosła się znikąd trucizna podejrzliwości wobec Boga, wtedy ciało i umysł zdominowały ich ducha, a oni sami odłączyli się od Boga. Harmonia została zachwiana, wszedł grzech (chybienie celu). Człowiek i dziś chce się „przekonać”, czy to, o czym ostrzega go choćby sumienie, jest aby na pewno „złe”. Kosztuje więc, po czym stwierdza „hmm, no i nie umarłem!”. Bo od razu nie umiera, choć zaczyna się proces umierania duchowego. Bo człowiek nie ufa Bogu, który mówi w sumieniu, nie ufa, że BÓG JEST DOBRY, a chce poznać, czy zło jest złem – nawet próba czysto intelektualnego rozgryzienia dobra i zła jest złem, bo nie jesteśmy w stanie tego pojąć. Lecz człowiek idzie w tym nieraz dalej – nie ufa Bogu w duchu, a jego serce, rozum i ciało chcą, „w niezależności” od Boga, stać się bogami. Lecz taki człowiek nie poznaje dobra ani zła, bo to nie on ogarnia zło, lecz zło ogarnia jego. I tylko w ten sposób poznaje, że coś jest złe – bo Bóg zakazał, on w to idzie dalej i przekonuje się w końcu w doświadczeniu, że ogarnia go jakiś mrok. Lecz gdy zdaje się w duchu na Boga i ufa Jego podpowiedziom, wtedy poznaje dobro, ale intelektualne poznanie jest drugorzędne; poznajemy to w doświadczeniu. Wtedy ogarnia nas dobro, co udziela się także naszemu umysłowi, a na końcu ciału. Bo i ciało nie ginie – dalej działa w nas dopamina, serotonina, testosteron i inne substancje, lecz działają tak jak powinny, są pod kontrolą i dają nam po części pozytywnego kopa do dobrych działań, nie opętują nas. Czy zatem pożądanie jest złe? Czy złe jest ciało? Czy zły jest umysł? Wiedza? Nie. Zło to zło, czyli zaburzenie relacji, która prawidłowo rozpięta jest w hierarchii, w której wyższy byt panuje nad niższym troskliwie, a niższy pozbywa się zawiści i chce dorastać do wyższego, na ile jest w stanie. Choć to nadal tylko techniczny zarys dla umysłu, który i tak wie, że nie dotknął wcale sedna. Gdyż dotykać nie powinien. Człowiek zaczął pożądać czegoś, co nie było dla niego, a wtedy żądza się rozbestwiła. W końcu chciał bardziej pożądać, konsumować, wiedzieć… niż doświadczać, żyć i cieszyć się. Chciał być dla siebie, choć jako istota częściowo duchowa wiedział, że „bycie” to przede wszystkim miłość, wyjście na zewnątrz, na czele z miłością do Boga. Obecnie, gdy nie żyjemy już w raju, wciąż stoimy w analogicznej sytuacji do pierwszych ludzi, choć rzeczywistość stała się bardziej skomplikowana, a ta „jedna rzecz”, której nam nie wolno, przejawia się jako tysiące różnych rzeczy. Podobnie z tą jedną rzeczą, którą nam wolno. Jeżeli Bóg, w swoim Słowie lub w sumieniu, wskazuje nam granicę, której nie wolno nam przekraczać, mamy się tam ufnie zatrzymać, a później przekonać się, że to zatrzymanie wzmocniło nas i dało większą radość niż spełnienie pokusy. Nie masz patrzeć na mężatkę po to, by jej pożądać, ale nie mów, że grzechem jest automatyczna reakcja Twojego organizmu, nawet gdy po prostu patrzysz i nie masz złych intencji. Możesz patrzeć na piękno kobiety i cieszyć się nim bez nadmiernej pożądliwości. Możesz patrzeć na piękny las skąpany w zachodzie słońca, a Twojej radości wcale nie zwiększy fakt, jeśli ten las będziesz posiadał jako właściciel. Oczywiście to ogólniki – że aspekt bycia (drzewo życia) musi przeważać nad aspektem posiadania czy kontroli (drzewo poznania). Taką jednak zauważamy ogólną prawidłowość, a owo „przeważanie” to przeważanie, a nie całkowite zgniecenie drugiego aspektu. A jako że jest to ogólnik, dostajemy również (w Piśmie i w sumieniu) bardziej szczegółowe wskazówki co do danej unikalnej sytuacji – jak postąpić, do czego Bóg mnie zachęca, przed czym przestrzega. Na pewno nie zachęca nas do ciągot gnostycznych, wedle których ciało ma być złe z racji cielesności. Takie podejście to źródło paranoi i nerwic. Marna namiastka Ewangelii Tomasza, zniekształcona częściowo przez gnostyków i odnaleziona w XX wieku, ma na ten temat bardzo dobrą sentencję. Oryginał tej Ewangelii znany był wczesnym Ojcom Kościoła i miał zawierać ok. 1300 wypowiedzi Jezusa; nie był uważany za dzieło heretyckie. Odnaleziona namiastka nosi ślady gnostyckiej redakcji, ale jej część jest warta uwagi. Większość wypowiedzi przypisywanych Jezusowi ma swoje odpowiedniki w ewangeliach kanonicznych. Wiele tych odpowiedników nie ma, choć da się je zinterpretować w duchu klasycznie chrześcijańskim. Może dwie, trzy wypowiedzi stoją w jawnej sprzeczności z chrześcijaństwem, co świadczy o ingerencji gnostyków. Na uwagę zasługuje jednak jeden z bardziej „dziwacznych” logionów, gdzie Jezus miał powiedzieć: „Szczęśliwy człowiek, który zje lwa; i lew stanie się człowiekiem. I okropny jest człowiek, którego zje lew; i człowiek stanie się lwem”. Ludzie nie wiedzą, co to ma znaczyć, a mnie się wydaje, że wiem. To jest to, o czym pisałem na początku tego wywodu. „Zjedzenie” jest symbolem zapanowania, ale to, co ludzkie, musi zapanować nad tym, co zwierzęce, aby zwierzęcość się uświęciła. W przeciwnym razie zwierzęcość panuje nad nami, a człowiek się zezwierzęca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Captcha loading...