Czy Chrystus pomoże w medytacji

 Na ezoforum.pl w dniu 8.12.2019 o 10:47, Murugan napisał:

„Tu mamy do czynienia z kontemplacją a nie medytacją, Chrystus w medytacji nie pomoże, nie wejdzie się w ten sposób w stan medytacyjny, raczej będzie rozpraszał, komplikował, ponieważ właśnie taki wokół niego stworzył się egregor, ale kontemplować jak najbardziej można, jego słowa, nauczanie. Żebym nie został źle zrozumiany, nie o to chodzi, że postrzegam Chrystusa negatywnie, wręcz przeciwnie, tylko akurat w medytacji nie pomoże, bo jakby nie współgra z tym zagadnieniem, nie rezonuje, w medytacji może pomóc Budda, Śiwa, bo to jakby symbole medytacji, istoty z nią na stałe powiązane. Miłość np, szlachetna idea, ale jak dla mnie też się w medytacji nie sprawdza, koncentrowanie się na miłości powoduje mierne efekty we wchodzeniu w głębokie stany medytacyjne. ”

Moja odpowiedź:

Jeśli mielibyśmy dokładnie określać „z czym mamy do czynienia” (w sensie praktyki duchowej), to trzebaby najpierw ustalić słownik pojęć: co nazywasz medytacją, a co kontemplacją.

Ja tu krótko: medytacja jest narzędziem mającym na celu aktywne wychodzenie ku Bogu za pomocą umysłu i woli, a kontemplacja jest stanem kiedy to Bóg wychodzi ku człowiekowi z darem obecności miłości i pokoju.

Kontemplacja pojawia się jako rezultat medytacji i nie jest zasadniczo różna od tej w medytacji. Medytacja, modlitwa kontemplatywna i kontemplacja to synonimy tego samego, a my dzielimy włos na czworo.

To co propornuję w tym temacie to właściwie Lectio divina, czyli święte czytanie Pisma, na które składają się generalnie cztery fazy. Zaczyna się lekturą Pisma świętego (np. fragmentu, który proponuję co miesiąc albo dowolnego innego), po nim następuje refleksja nad Słowem, a następnie pełna uczucia modlitwa do Boga. W końcu przychodzi kontemplacja, czyli pełne pokoju odpocznienie w Bogu, doświadczenie Jego obecności i miłości. Między tymi etapami przechodzi się naturalnie i płynnie, ALE…

Między końcem modlitwy a doświadczeniem obecności Boga jest ten istotny akt, o który właściwie się tu rozchodzi, który decyduje o tym, czy doświadczysz Boga czy zostaniesz sam ze sobą, swoimi rozważaniami i modlitwami, ale niestety bez wejścia w Jego obecność.

Ten akt lub moment, jeśli chcesz znowu definiować, można określić jako medytację kontemplatywną. Jest to po prostu otworzenie drzwi Chrystusowi, który wówczas mówi:

„Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.”

Bóg szuka ukochanego dziecka bardziej, niż ono szuka Jego. Spotykają się w przybytku Boga – ludzkim duchu, przez Jego Syna, Jezusa Chrystusa, w relacji miłości – Duchu Świętym… Tego trzeba doświadczyć, bo opisać się nie da.

Niemniej chodzi o wejście w relację i doświadczenie Jego obecności, Jego żywej Osoby, a nie jakiegoś „głębokiego stanu umysłu”, który właściwie nic nie zmienia, bo jest po prostu pusty.

Bo widzisz… Jezus Chrystus jest osobą z krwi i kości, ze swoją duszą i Bóstwem, jako Jednorodzony Syn Boga Ojca i Maryi (Miriam) z Nazaretu, który począł się w Jej łonie z Ducha Świętego, urodził się w ciężkich i ubogich warunkach w zimnej grocie, nauczał Słów Boga, czynił znaki i cuda, został ukrzyżowany, umarł, zmartwychwstał i wstąpił do Nieba, zasiadając jako Król królów i Pan panów na Tronie Boga Ojca, po Jego prawicy. Wszystko po to, żeby ci, którzy w Niego uwierzą, Jego uczniowie, mieli drogę do Nieba, do Życia wiecznego, żeby przeżyli swoje ziemskie życie w prawdzie i sprawiedliwości, żeby zostali odkupieni ze swoich grzechów i w końcu zbawieni.

Jeżeli zwracasz się szczerze w sercu do Jezusa, to spotkasz właśnie Jego – bez obaw o jakieś hipotetyczne egregory. Czy myślisz, że Ten, który umiłował człowieka aż po oddanie własnego życia za niego, a do którego należy wszelka władza w niebie i na ziemi, pozwoliłby sobie na ograniczenie dostępu do Siebie przez jakieś ludzkie twory myślowe?… Nie ma czegoś takiego jak egregor Jezusa w sensie żywej istoty, stworzonej przez myśli i wierzenia ludzi. Po prostu nie ma (dokładnie tak jak nie ma egregora np. Twojej osoby, tylko dlatego, że ludzie z Twojego otoczenia o Tobie myślą i mają o Tobie jakieś przekonania – jako człowiek masz swoje ciało, duszę, ducha – tyle). Są za to same myśli o Jezusie w naszych głowach, są uprzedzenia oraz błędne i zakłamane przekonania o Jezusie, które ludzie mają w swoich umysłach, a które blokują na otworzenie drzwi serca przed prawdziwą Osobą Jezusa Chrystusa i na jedność między współwierzącymi w Niego.

Nie mylmy celu z narzędziem, traktując samą „medytację” jako cel… kiedy jest to tylko narzędzie. Odpowiedz: po co i w jakim celu „wchodzić w głębokie stany medytacyjne”? Żeby czego lub kogo doświadczyć? Jaką relację pogłębiać? Żeby co w tym czasie budować i do czego dążyć? Słowem: po co?

Zadałeś sobie te pytania kiedy podejmujesz jakiekolwiek działanie, a tym bardziej praktyki duchowe, które mogą nieść za sobą szczególnie dotkliwe konsekwencje, zarówno w dobrą, jak i w złą stronę?

A może bezwiednie idziesz za ezo-mędrcami i pseudo-nauczycielami po przeczytaniu kilku książek i artykułów, które poprowadzą do wycięcia świadomości własnego istnienia, osłabienia rozumu i zabicia zdolności myślenia, a ostatecznie pogrążenia się w niebycie podobnym do głębokiego snu, nad którym tracisz jakąkolwiek kontrolę? To ma być doświadczenie Życia i rozwój duchowy? Jak dla mnie taka praktyka to dążenie do duchowej śmierci, z której nie ma zmartwychwstania, bo nigdy nie było jakiegokolwiek odniesienia do Tego, który wskrzesza i relacji z Tym, który wskrzesza do Życia wiecznego.

Dusza żyje w pełni kiedy ma relację miłości z Bogiem, swoim stwórcą i z Jego stworzeniem. Jeśli miłość u Ciebie „powoduje mierne efekty we wchodzeniu w głębokie stany medytacyjne”, to dobrze Ci radzę: daj sobie spokój z tymi stanami, a skup się raczej na budowaniu relacji miłości z Bogiem i ludźmi, bo bez miłości jesteś niczym. W NT cały rozdział 13-sty 1-go listu do Koryntian o tym mówi, przeczytaj.

Wytłumacz dlaczego Jezus miałby rozpraszać, a „może pomóc Budda, Śiwa”? Argument o „symbolach medytacji” w ogóle mnie nie przekonuje, bo dla mnie największym symbolem medytacji, modlitwy, ofiary i jakiejkolwiek praktyki duchowej w ogóle jest Jezus Chrystus, Syn Boga Ojca, który najlepiej zna Ojca i to, co się Jemu podoba.

Czyżby Jezus był gorszym Nauczycielem od wymienionych przez Ciebie postaci i miał jakieś braki we własnej medytacji, skoro nie mógłby pomóc? On wszystko może, ja osobiście doświadczyłem Jego obecności i mocy wiele razy i na tej podstawie wiem doskonale, że Jezus może pomóc we wszystkim, jesli tylko Ty poprosisz, a On zechce.

Jezus jest Synem Boga, Tym, który pernamentnie, przed czasem (przed stworzeniem) i cały czas (po stworzeniu) przebywa w jedności z Ojcem! Powiedział o tym np.: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy.” (J 10, 30).

Znasz głębszą formę medytacji, kontemplacji, modlitwy czy czegokolwiek chcesz, niż bycie JEDNOŚCIĄ Z BOGIEM ODWIECZNIE I NA WIEKI?!

…

No i tyle w temacie.

Chrześcijaństwo to biznes a Chrystus nie ma nic wspólnego z Kościołem

Na ezoforum w dniu 13.06.2019 o 17:50, użytkownik Murugan napisał:

„Prawdziwy Chrystus ma tak naprawdę niewiele wspólnego z Kościołem, który próbuje więzić istotę duchową przez dwa tysiące lat na krzyżu za grzechy swoich wyznawców, którzy od siebie nie dają nic, nadal beztrosko grzeszą, licząc na to, że cierpienie owej istoty duchowej zbawi ich od grzechów i da upragniony raj, zaliczyłbym raczej takie praktyki do najczarniejszej magi. Czy jakikolwiek katolik choć raz w swoim wewnętrznym dialogu ze swoim bogiem spytał się, czy ma on faktycznie ochotę wisieć i cierpieć na krzyżu za jego grzechy, a może by tak sam sobie powisiał, może grzeszenie już by mu nie przychodziło z taką beztroską. Z drugiej strony zdejmowanie pieczęci przypomina raczej odwieczny problem oszukiwania przez kapłanów różnych religii swoich wyznawców, którzy rzekomo potrafią rozgrzeszać, usuwać demony, prowadzić zmarłe dusze do nieba, oczywiście nie za darmo. Najpierw wmawia się komuś, że istnieje jakiś problem, czy potrzeba, potem wmawia się, że się jest ekspertem  w usuwaniu tego problemu czy zaspokajaniu owej potrzeby, za jakąś tam „symboliczną” opłatą, choć nie mówię, że jest tak w stu procentach przypadków, ale znaczna większość to naciągactwo, tak jest od czasów faraonów, albo i znacznie wcześniej, sięgając pewnie początków istnienia ludzkości, to tylko biznes”

Moja odpowiedź:

To co mówisz jest kłamstwem. Nie znasz Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, ani Jego Ojca, ani Ich Świętego Ducha.

Po pierwsze mówisz o Jezusie „istota duchowa”, sugerując jakoby nie był w ogóle istotą cielesną, tzn. człowiekiem. Niech każdemu będzie wiadomo, że każdy kto zaprzecza, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele jest antychrystem.

„Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga.
Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch Antychrysta, który – jak słyszeliście – nadchodzi i już teraz przebywa na świecie.” (1 J 4, 2-3)

Ja jestem katolikiem nawróconym z przeróżnych wierzeń New Age i odpowiadam Ci: tak, wziąłem Krzyż z Ukrzyżowanym Jezusem do rąk, podniosłem go do góry i zapytałem się Jezusa, czy ma „faktycznie ochotę wisieć i cierpieć na krzyżu za moje grzechy”.

I mi natychmiast odpowiedział! Odpowiedział strumieniem miłości, wylaniem na mnie Ducha Świętego, Ducha czystej, bezwarunkowej miłości i Słowem. Całym potokiem słów, skondensowanym w tym promieniu Światła Jego miłości, Słów które znajdziesz w Piśmie Świętym. Słów, które świadczą o świadomej i dobrowolnej ofierze Jezusa za mnie, za Ciebie i za każdego, kto chce uwierzyć w Niego jako swojego Mistrza, Pana i Zbawiciela. Oto one:

„Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca.
Życie moje oddaję za owce.
Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać.” (J 10, 11-17)

„Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!” (J 15,9)

„To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.” (J 15,12-13)

„A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.
Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.
Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.” (J 3, 14-17)

 

„Rzekł więc do nich Jezus: «Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną; nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba».
Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.Wtedy powiedział Jezus do Żydów, którzy Mu uwierzyli: «Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli».” (J 8, 28-32)

 

„To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie.
On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem,
lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi.
A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka,
uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.
Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię,
aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych.
I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca.” (Flp 2, 5-11)

„Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie.” (J17, 11-19)

Kolejnym dowodem na świadomą ofiarę Jezusa są Jego zapowiedzi o tym, co musi się stać, aby wykonało się Dzieło Zbawienia człowieka. Jezus wiedział i mówił uczniom o tym, że będzie cierpiał, że zostanie ukrzyżowany i zabity, a mimo to nie uciekł i dobrowolnie pozwolił, aby to wszystko się stało.

„A kiedy przebywali razem w Galilei, Jezus rzekł do nich: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni zabiją Go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie». I bardzo się zasmucili.”  (Mt 17, 22-23)

„Gdy Jezus dokończył wszystkich tych mów, rzekł do swoich uczniów: «Wiecie, że po dwóch dniach jest Pascha, i Syn Człowieczy będzie wydany na ukrzyżowanie».” (Mt 26,1-2)

„I dodał: «Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». „ (Łk 9, 22)

Chociaż zwyczajnie po ludzku smucił się i odczuwał trwogę chwilę przed męką, aż do potu z krwią, to jednak nie uciekł i nie zaparł się Dzieła, które mu powierzył Bóg Ojciec.

„Wtedy rzekł do nich: «Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną!» I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: «Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty».” (Mt 26, 38-39)

Możnaby jeszcze dużo przytaczać słów Jezusa, jako dowód na to, że On z własnej woli wziął na siebie nasze grzechy i za nie został zabity (Iz 53, 1-12). Wystarczy tylko wyrzec się uprzedzeń, trochę się zainteresować, sprawdzić samemu z czystą intencją poznania prawdy, zamiast rzucić beztrosko stwierdzeniem, że „Chrystus ma niewiele wspólnego z Kościołem”. A przeczytaj sobie np. to:

https://deon.pl/wiara/pytania-o-wiare/dlaczego-kosciol-nazywamy-cialem-chrystusa,135159

Co do beztroskości grzeszenia. Nie chcę się wypowiadać za innych i osądzać, czy robią to beztrosko czy nie, ale powiem Ci o sobie: ja sam niestety jeszcze czasem grzeszę, choć wcale tego nie chcę: np. ze słabości, z głupoty, z braku świadomości.

Wiem też jedno na pewno: zawsze kiedy przyznaję się do popełnienia grzechu we własnym sumieniu, wewnętrznie, żałuję i przepraszam Boga, to zawsze mogę do Niego wrócić, odbudować zerwaną jedność, bo On ma dla mnie zawsze miłosierne przebaczenie. Doświadczam tego bardzo często, nawet dzisiaj kolejny raz mi przebaczył w Sakramencie pokuty i pojednania. To jest dopiero wolność! To jest doświadczenie miłosierdzia Boga, kiedy mój grzech jest odpuszczony i zastąpiony Jego sprawiedliwością!

Życzę Ci żebyś sam jeszcze kiedyś tego doświadczył.

Co do biznesu w kościele – masz rację tylko po części. Tak, niestety są kapłani, którym zależy bardziej na pieniądzach niż na ludziach i Bogu. To prawda, są.

Jeśli spotkałeś takiego i Cię zgorszył swoją postawą, to proszę: przyjmij serdeczne przeprosiny ode mnie, jako od całego Kościoła. Przepraszam Cię jeszcze raz, tak być nie powinno i Chrystus, Głowa Kościoła, nigdy takiej postawy nie nauczał. Wręcz przeciwnie. Niech Cię to jednak nie zraża do Jezusa! Szukaj innej parafii, innej wspólnoty, innego księdza, aż trafisz na kogoś, kto swoim życiem uobecnia Jezusa. Zapewniam Cię, że jest wielu księży szczerze kochających Boga i oddanych ludziom! Wtedy zobaczysz inną twarz Kościoła – miłosierną i szukającą Boga, prawdziwego uwielbienia i wypełniania Jego woli.

Pokój z Tobą.

Usunięcie sakramentów kościelnych.

Pytanie na ezoforum.pl:
czy jest jakiś rytuał, który usuwałby sakramenty kościelne, np. chrzest?

Moja odpowiedź:

Zakładam, że pytasz, bo chcesz z takiego „rytuału” skorzystać.

Cóż, dokonaj dla siebie najlepszego wyboru z perspektywy swojej wieczności, a ja mam nadzieję pomóc Ci w tym następującym słowem:

Jeśli nie chcesz mieć relacji z Jezusem, to nie musisz się martwić o „zdejmowanie z siebie sakramentów/pieczęci kościelnych”.

Jezus jest największym dżentelmenem, nie wpycha się tam, gdzie świadomie (czyli po poznaniu i z wolnego wyboru) Go nie chcą, choć na pewno spróbuje o Ciebie najpierw jeszcze zawalczyć, aż przekona się, że rzeczywiście Twoja decyzja jest świadoma i wolna od zewnętrznych nacisków.

Otrzymane łaski są nieusuwalne i niezniszczalne, ponieważ Bóg nigdy nie zabiera darów raz danych. Tak też napisał apostoł Paweł w liście do Rzymian (Rz 11, 29)
„Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne.”

Jeśli jesteś ochrzczony w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, to zostałeś wezwany do Życia Wiecznego, Komunii z Bogiem Ojcem przez Jego Syna, Jezusa Chrystusa, w Duchu Świętym.

Raz ochrzczony, zawsze będziesz miał na sobie znamię ochrzczonego w imię Jezusa Chrystusa, ono jest niezacieralne. Po śmierci czy to w niebie, czy to w piekle.

Jeśli Cię to tak martwi, to ciekawe czy ucieszy inny fakt: w piekle (poza rzeczywistością Boga na wieki) dusze mają to znamię nie zatarte, a przynoszące im jeszcze większą hańbę i ból, jakby go nie miały, natomiast jeszcze większą „chwałę” demonom, które nad taką duszą będą się pastwić przez całą wieczność z większą radością i przyjemnością, niż gdyby nie była ochrzczona, wszczepiona w Chrystusa, bo to tak jakby miały cząstkę Jego samego. O to między innymi dlaczego zmartwychwstały Chrystus zachował stygmaty na rękach, nogach i w boku – wypisane jest w tych ranach Twoje imię, a rany przypominają Zbawicielowi o Tobie na zawsze, jednak Ciebie już nie ma…  pozostała dziura w Jego Ciele, na zawsze odczuwalny brak ukochanego dziecka, które miało stać się częścią Ciała Chrystusa, jedności zbudowanej ze wszystkich Odkupionych…

Dusze takie zmarnowały dar odkupienia i zbawienia, które to dary miałyby przez łaskę dzięki wierze w Jezusa Chrystusa. Dar zdobyty przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Dar, którym jest bezcenny okup, którego nieskończoną wartość uzyskały wydane Ciało i przelana Krew Chrystusa.

Dla tych dusz, które nie chcą tego daru, Jezus Chrystus umarł na darmo, przelał swoją krew bezskutecznie…. bo one się w Niej nie obmyły i Nią nie napoiły, nie mają z Nią udziału.

Naprawdę chcesz żeby dar zbawienia, życia wiecznego w wiecznej radości przez jedność z Bogiem i poznanie Go twarzą w twarz, został zmarnowany przez Twoje świadome odrzucenie Zbawiciela?

Medytacja z Jezusem: czego szukacie?

Temat przewodni na dzisiaj: J 1, 35-38.
Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: „Oto Baranek Boży.”
Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.
Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich:

„Czego szukacie?”

Medytacja z Maryją w Dzień Wniebowzięcia

Dzisiaj z okazji Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny proponuję wyjątkowo medytację z Maryją z Nazaretu, mamą Pana Jezusa.

Otwórzmy fragment z Ewangelii wg św. Łukasza o nawiedzeniu Elżbiety przez Maryję i Jej Magnificat.

Maryja, tak jak krewną Elżbietę, na pewno odwiedzi każdego, kto Ją szczerze zaprosi do wspólnego poszukiwania Prawdy i do uwielbiania Boga za Jego niesamowite dzieła…


Łk 1, 39-55:
39 W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy.
40 Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.
41 Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę.
42 Wydała ona okrzyk i powiedziała:
«Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona.
43 A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?
44 Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie.
45 Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».

Magnificat

46 Wtedy Maryja rzekła:
«Wielbi dusza moja Pana,
47 i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
48 Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,

49 gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest Jego imię –

50 a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją.
51 On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich.
52 Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych.
53 Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.
54 Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje –
55 jak przyobiecał naszym ojcom – na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki».

Maryjo, chcę z Tobą dzisiaj wielbić w Duchu i w Prawdzie naszego Pana, naszego Boga i Zbawcę! Naucz mnie uniżać samego siebie, a wywyższać Boga, naucz mnie wielbić Jego Słowo, być posłusznym Jego Duchowi! Pozwól mi razem z Tobą uwielbiać Boga, abym ujrzał Jego chwałę, aby Jego chwała wypełniła świątynię mego ciała, abym stał się prawdziwie Jego dzieckiem, uczestnikiem niebieskiej rodziny.
Niech i mi Pan uczyni wielkie rzeczy, niech zanurzy mnie w swoim miłosierdziu! Niech tak się stanie!

Panie Jezu… Daj mi więcej siebie i zabierz więcej mnie!
Zanurz mnie w swoim miłosierdziu Panie Jezu!